Dzień dobry,
czy mogłabym jutro nie przyjść na zajęcia? Tak się składa, że mam dość dobry nastrój, a on zawsze tak szybko odchodzi. Chciałabym wykorzystać go do realizacji swoich planów, pomysłów, a także żeby spotkać się z niektórymi osobami. Boję się, że lada moment znowu znajdę się na samym dnie, a to nie jest dobre miejsce do życia. Nie sięga tam słońce, jest ciemno, tak ciemno, że nawet jeśli ktoś wyciąga dłoń, żeby mnie stamtąd wyciągnąć, to jej nie widać. Jest tam tak cicho, nic nie słychać (nikt nic nie mówi?) i ja także nie mogę wydobyć z siebie słowa. Nic dziwnego, przecież we mnie jest tylko pustka, więc po co ciągle w siebie zaglądam? Proszę Pana, tam każda nieżyczliwa uwaga jest jak grad kamieni, właściwie ciężko rozróżnić ją od tej życzliwej, w ogóle nie mają barw ani smaku, są po prostu czymś co na mnie spada, co boli – bo tak zostało postanowione odgórnie. Myślę, że głaskanie też mogłabym odebrać jak cios, ale nie wiem, nikt tam nie głaszcze, nikt nie sięga tak głęboko, boją się, nie chcą, nie wiedzą jak. Może gdybym była odrobinę bliżej. Ale nie mam pretensji, oni siedzą we własnych dołach, ciężko przez te grube ściany zlokalizować czy wyżej czy niżej. To co chcą przekazać zamienia się w formułki i frazesy, najważniejsze myśli giną gdzieś po drodze, a ułamki sekund zrozumienia ledwo sumują się w pół minuty, a to za mało żeby zrozumieć kim naprawdę są i co przeżywają.
Proszę o ten wolny dzień zanim znów stracę wiarę, że coś potrafię, zanim znowu zapomnę jak pragnąć i jak kochać, jak – właśnie – prosić o więcej czasu, a nie błagać o mniej.
Pozdrawiam
A.
—————
Dzień dobry studentko,
sprawdziłem Twoje nieobecności. Niestety, masz już dwie wykorzystane, a umawialiśmy się na początku roku na taki właśnie limit. Domyślam się, że zależy Ci na zaliczeniu przedmiotu dwa miesiące przed obroną pracy magisterskiej i pojawisz się na zajęciach. Przejedziesz przez całą Warszawę w największym korku stojąc pół godziny na ulicy, która od lat jest wymieniana jako najbardziej nieprzejezdna w Polsce w okolicach ósmej rano, a potem usiądziesz w ławce (jak chcesz możesz z przodu – żeby nie widzieć reszty grupy) i spędzisz cztery godziny słuchając mojego oczywistego wykładu, chcąc nie chcąc wyłapując moje wszystkie błędy językowe, i słuchając nieśmiesznych żartów swoich kolegów, kolegów którzy prawdopodobnie są osobami mówiącymi najbrzydziej na świecie. Potem spędzisz kolejną godzinę w autobusie, a gdy wreszcie dojedziesz do domu jedyną myślą, która przyjdzie Ci do głowy będzie to, że zmarnowałaś cały dzień. Ale kto wie, może się czegoś nauczysz? Ha ha, żartuję :-) Nie nauczysz się niczego, ten trud nie będzie miał żadnej wartości. Cóż, takie jest życie. Nieudane.
Pozdrawiam
Pan Profesor
PS Nie sądzisz, że metafora z dnem jest trochę oklepana?